30 sierpnia 2017

Od Bethany "Śmierć"

Stuk, puk, stuk, puk. Odgłosy ciężkich butów rozchodziły się echem po drewnianych podłogach szkolnego korytarza. Było już po zajęciach, dlatego większość uczniów opuściła już szkołę, ale gdzieniegdzie szwendały się jeszcze pojedyncze jednostki, takie jak ja. Jednak oni cały czas tu byli. Chodzili w tę i z powrotem, patrząc na nasz każdy, nawet ten najmniejszy ruch, jakby czekali na nasz najmniejszy błąd, by z nieukrywaną satysfakcją ukarać za niego. Po co w tej szkole byli ochroniarze? Nie słyszałam o żadnym morderstwie z premedytacją, dokonanego przez uczniów ani o jakimś brutalnym pobiciu... Mimo że Akademia była pełna różnych nadnaturalnych dziwaków, to było w niej nadzwyczaj bezpiecznie, dlatego nie rozumiałam postępowania dyrektora. Może jako osoba starsza wiedział lepiej? Nie wiem. Do tego ich stroje były dziwne i nieprofesjonalne. Wyrwałam się z zamyślenia, gdy prawie wpadłam na jednego z nich. Błyskawicznie się cofnęłam. Mężczyzna w porównaniu ze mną wyglądał jak góra; był ode mnie o ponad trzydzieści centymetrów wyższy i pewnie z trzy razy cięższy. Chodząca kupa mięśni i po jego spojrzeniu wywnioskowałam też, że nienawiści. Patrzył się na mnie z wyższością i pogardą. Pewnie jeszcze oczekiwał, że zacznę go przepraszać i błagać o wybaczenie za to, co się nawet nie wydarzyło. Wyminęłam „górę” i jego znacznie niższego towarzysza, po czym pośpiesznie udałam się do mojego pokoju, cały czas czując na sobie ich spojrzenia.
Na miejscu wzięłam szybki prysznic, założyłam lekką, czarną sukienkę w kwiaty, sięgającą do połowy ud i wygodne trampki, a włosy pozostawiłam rozpuszczone. Zostawiłam wszystkie moje rzeczy w pokoju; nie potrzebowałam ich na zwykły spacer do lasu. Jedynie na nadgarstku miałam zegarek, którego pod żadnym pozorem nie mogłam zdjąć. Zastanawiałam się, gdzie była moja współlokatorka, ale dłużej nie chciałam zakrzątać sobie tym głowy. Wyszłam z pomieszczenia i zamknęłam je. Na korytarzu oprócz mnie zauważyłam tych samych ochroniarzy, co wcześniej. Śledzili mnie? Po co mieliby to robić? To było niemożliwe, by ze szkolnego korytarza dostali dyżur w akademiku. Mimo to nie chciałam rezygnować ze swoich planów. W razie czego mogłam się przed nimi bronić, ale skoro byli ochroniarzami, to nie powinni mieć złych intencji.
Podążali za mną aż do lasu. W tamtej chwili żałowałam, że nie miałam przy sobie ani jednej sztuki broni. Chociaż... i tak nie miałabym czym im zagrozić. Zwykły nóż kuchenny u mierzącej sto sześćdziesiąt centymetrów blondynki nie wyglądałby przerażająco. Na szczęście w lesie udało mi się ich zgubić. Odetchnęłam z ulgą. Byłam tu dłużej niż oni, a to miejsce znałam lepiej niż własną kieszeń czy nawet szkołę. Usiadłam pod jednym z drzew i zamknęłam oczy, by oddać się tej spokojnej chwili w ciszy.
~*~
- Poczekaj chwilę, muszę się odlać – usłyszałam męski głos. Słyszałam go dobrze i wyraźnie, czyli mężczyzna musiał być blisko.
- Idź, idź, zasłużyłeś – druga osoba się zaśmiała. – Nieźle dokopaliśmy temu dziwakowi, co nie? Śmieć zasłużył na to.
- Mam tylko nadzieję, że nie umarł – odpowiedział ten pierwszy. – Nie chcę mieć potem problemów.
- Naprawdę myślisz, że ktokolwiek normalny przejąłby się jego losem? – ponownie się zaśmiał.
- Sam nie wiem – na chwilę zamilkł. – Możesz iść przodem, dogonię cię.
Instynkt kazał mi uciekać. Tylko gdzie? Nie mogłam stwierdzić, z której strony ma nadejść zagrożenie i czym ono konkretnie było. Po cichu wstałam i rozejrzałam się, ale nikogo w pobliżu nie było. Kiedy zrobiłam krok do przodu, przez co drzewo stojące za moimi plecami, przestało mnie ukrywać, poczułam, że ktoś łapie mnie za ramię. Serce momentalnie zaczęło mi szybciej bić, odskoczyłam i spojrzałam w stronę osoby, która wykonała ten niespodziewany ruch.
Był nim około trzydziestoletni, ciemnowłosy mężczyzna, sporo wyższy ode mnie. Po ubraniu poznałam, że to jeden z nowych ochroniarzy. W jednej ręce trzymał pałkę, która dziwnie mieniła się w słońcu, a ja mogłabym przysiąc, że widziałam na niej... krew?
- No proszę, proszę, kogo my tu mamy – uśmiechnął się podejrzliwie. – Nie sądziłem, że spotkam tutaj taką uroczą i młodą dziewczynkę. - Schował pałkę. – Teraz nawet to nie będzie mi potrzebne.
- Czego chcesz i kim jesteś? – spytałam. Na każdy jego krok do przodu ja robiłam krok w tył. Uważnie obserwowałam otoczenie, szukając jego towarzysza.
- Ja? Jestem ochroniarzem, nie widzisz? – posłał mi udawany, smutny uśmiech. – Jestem tu dla dobra takich jak ty.
- Jakoś ci nie wierzę – wysyczałam. – Jeśli jeszcze raz spróbujesz mnie dotknąć, to cię zabiję – zagroziłam całkowicie szczerze.
- Czyżby? – zaśmiał się i niczym drapieżnik polujący na ofiarę, zaczął się do mnie coraz szybciej zbliżać.
Kiedy odsunęłam się, z zamiarem rozpoczęcia ucieczki, poczułam, że coś stoi mi na drodze. Dosłownie. I był to kamień. Z impetem upadłam na ziemię i gdy próbowałam się podnieść, ‘ochroniarz’ podbiegł do mnie, złapał mnie za nadgarstki i górując nade mną, przycisnął mnie do ziemi. Jego brązowe, pełne niecnych zamiarów oczy błądziły po całej mojej twarzy i ciele.
- Tego chciałaś, maleńka? – próbowałam się wyrwać, ale bezskutecznie.
- Puszczaj mnie! – rozkazałam.
- Nie – uśmiechnął się z wyższością.
Bawiło go to. Tuż nad naszymi głowami znajdowały się gałęzie jakiegoś drzewa, prawdopodobnie świerku. Przypatrywałam się im, a za pomocą mojego daru sprawiłam, że dwie z gałęzi zaczęły się wydłużać. Gdy jedna z dłoni mężczyzny powędrowała tam, gdzie nie powinna, jedna z gałęzi przebiła jego brzuch, a druga owinęła się wokół jego szyi, unosząc go. Strużka krwi skapnęła wprost na mój policzek, a inne krople powędrowały na sukienkę. Obrzydliwe. Próbowałam wytrzeć tą z twarzy, ale wiedziałam, że i tak pozostanie po niej mały ślad. Momentalnie wyczołgałam się spod mężczyzny i stanęłam naprzeciw niego. Czubki jego butów ledwo co dotykały ziemi i za pomocą dłoni próbował uwolnić się ze śmiertelnego uścisku. Nieskutecznie. Mógł oddychać, ale z trudem. Widziałam przerażenie w jego oczach. Jego los zależał tylko i wyłącznie ode mnie. Jeden mój ruch, jedna myśl i już byłby martwy. Pragnęłam to zrobić, ale wiedziałam, że to przyniosłoby same przykre konsekwencje. Gdybym zabiła jeszcze jedną osobę, resztę życia musiałabym spędzić w więzieniu. A tego oczywiście nie chciałam. Puścić też go nie mogłam, bo po pierwsze, potrzebowałby pomocy, której ja nie miałam zamiaru mu udzielić, a po drugie, zemsta musiała być. Postanowiłam poczekać, aż jego towarzysz tu przyjdzie, by to on się nim zajął. Na razie brązowooki mógł w oczekiwaniu na to jedynie sobie wisieć. Miałam nadzieję, że przy okazji nie wykrwawi się na śmierć. W końcu jego rana nie była aż tak duża, jak początkowo sądziłam, a do tego gałąź wciąż w niej tkwiąca tamowała krwawienie.
Po krótkiej chwili usłyszałam szelest liści i trzask łamanych gałęzi. Ktoś się zbliżał. Tylko kto? Jego kolega? Rozejrzałam się, ale nikogo nie zauważyłam. Trudno; pewnie coś mi się przesłyszało. W pewnym momencie zaczęłam kaszleć, a po przyłożeniu dłoni do ust, zobaczyłam na niej czerwony ślad. Świetnie. Mój dar zawsze musiał mnie zawodzić w najmniej odpowiednim momencie. Upadłam na kolana i spojrzałam się na twarz wiszącego ochroniarza. Grymas bólu zastąpił uśmiechem. Co? Dlaczego? Ktoś nagle złapał mnie od tyłu i wykręcił mi ręce. Cicho pisnęłam i poczułam silne uderzenie w plecy, połączone na początku z lekkim, a potem coraz silniejszym mrowieniem i pieczeniem tak, jakby kopnął mnie prąd. Nie mogłam się poruszyć ani w żaden inny sposób zareagować. Kolejny cios. I jeszcze jeden. Zemdlałam.
~*~
Silne uderzenie w twarz sprawiło, że odzyskałam przytomność. Niepewnie otworzyłam oczy. Siedziałam na ziemi. Panował mrok, a przede mną stało kilku facetów z charakterystycznymi pałkami, połyskującymi na niebiesko. Rażą prądem? To by wyjaśniało, dlaczego wcześniej zemdlałam. Uśmiechali się. Na nadgarstkach czułam znajome zimno metalowych kajdanek. Spróbowałam wstać, ale coś krępowało mi nogi.
- No proszę, proszę, nasza księżniczka się obudziła – na przód wyszedł jeden z nich.
W dłoniach trzymał podobną pałkę, lecz w odróżnieniu od innych, ta była owinięta drutem kolczastym. Złowieszcze, niebieskie płomienie odchodziły od każdego ostrego kolca. O chol.era. Czy dam radę im uciec? Byłam w lesie pełnym roślin, co dawało mi lekką przewagę. Myślami spróbowałam nakierować gałąź na broń mężczyzny, by zabrać ją od niego, ale nie przyniosło to żadnego skutku. Co jest? Nie mogłam użyć mojego daru w żaden inny sposób. Coś mnie blokowało.
- Coś się stało, maleńka? – powiedział mężczyzna. – Twój dar nie chce działać? – wyakcentował drugie słowo.
- Czego ode mnie chcecie? – wysyczałam.
- Jak to: czego? Zabiłaś jednego z moich ludzi. – zbliżył czubek pałki do mojej twarzy. – Nie wybaczę ci tego.
- Zabijesz mnie?
- A jak myślisz? – uśmiechnął się tajemniczo.
Momentalnie zrobiło mi się słabo. Zaczęłam się trząść. Tak, zrobi to, bez względu na możliwe przyszłe konsekwencje. Spojrzałam mu się prosto w oczy. Nie pokażę po sobie tego, że się boję.
- Jakieś ostatnie życzenie? – spytał. Nic nie odpowiedziałam. – Szkoda.
Zamachnął się.
Nie miałam szans na ucieczkę.
Całe życie przeleciało mi przed oczami. Dzieciństwo spędzone tylko z matką, przyjaźń z bratem, odkrycie daru, a potem przyjazd do Akademii. Być może nie spędziłam tu zbyt wiele czasu, ale i tak byłam zadowolona, tylko było mi trochę szkoda, że to skończy się tak szybko. Martwiłam się tylko o to, co się stanie z moim zwierzaczkiem. Pewnie trafi do jakiegoś hodowcy albo zoo. Zachciało mi się płakać, ale powstrzymałam łzy. Nie było mi dane się z nią nawet pożegnać. Po raz ostatni jej dotknąć czy nakarmić. Tak właściwie to z nikim nie mogłam tego zrobić. Ani z Elayzą, ani z jej uroczym, puchatym pieskiem. Z nimi miałam najlepszy kontakt. Co prawda, izolowałam się od ludzi, więc miałam tylko ich, ale nie było mi z tym źle. Lubiłam być sama. A teraz? Po raz pierwszy w życiu czułam się samotna, opuszczona. Nie wiedziałam, czy ktokolwiek zauważy, że mnie nie ma, czy ktoś się mną zainteresuje. Ciekawe, kiedy zaczną mnie szukać i czy w ogóle mnie kiedyś znajdą. Ci "ochroniarze" pewnie gdzieś wywiozą moje ciało, zatopią je na dnie jakiegoś jeziora lub po prostu zakopią. Może zostawią je tutaj, w lesie, na łonie natury? To właśnie przyroda sprawiała, że nie byłam sama, że czułam się dobrze z sobą. Wcześniej mogłam wyczuć otaczające mnie rośliny i ich obecność, a oni zabrali mi tę możliwość. W sumie zastanawiałam się, jak to zrobili, może to wina tych kajdanek? Cóż, nigdy się tego nie dowiem.
Lekko się uśmiechnęłam.
Pojedyncza łza spłynęła po moim policzku, gdy ostre, rażące kolce wbiły się w moją czaszkę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szablon wykonany przez prudence.