13 września 2017

Od Aurayi CD Steve'a

Po odejściu chłopaka ruszyłam wolnym krokiem w kierunku mojego pokoju. Ren wesoło biegał po korytarzach. On naprawdę ma nieskończone pokłady energii.
Rozmyślałam nad tym, co przed chwilą się wydarzyło. Miałam nadzieję, że nic chłopakowi poważnego się nie stało. Oczywiście poczułam, jak moja moc nagle się uaktywnia, a niewielkie wyładowania elektryczne przechodzą w jego kierunku. Nadal mam problemy z moim darem. Ostatnio zdarza się właśnie tak, że ilekroć kogoś lub czegoś dotknę, moja moc reaguje i po prostu poraża to coś prądem. Niekiedy lekko, niekiedy mocno. A ja nie mogę nad tym zapanować.
Super, a oto i kolejna osoba, która będzie bała się do mnie zbliżać – pomyślałam ponuro.
Z coraz bardziej pogarszającym się humorem weszłam do pokoju. I znów jestem sama. Caroline pewnie jest gdzieś u kogoś i wesoło się bawi z przyjaciółmi. Ja zaś spędzę kolejny wieczór samotnie.
Nie mając nic ciekawszego do roboty, pojęłam jakże nudną i mało rozrywkową decyzję o wcześniejszym pójściu spać. Bo co innego mogłam zrobić ponad to? Siedzieć i patrzeć się w ścianę? Mogłam poczytać książkę, ale było już dość ciemno, a lampki przy mnie wariowały, więc i tego długo robić bym nie mogła.

~*~

Rano obudziło mnie głuche łupnięcie i ból pleców. Kiedy leniwie otworzyłam oczy z konsternacją odkryłam, że nie znajduję się już na łóżku, tylko na podłodze. Rozmasowując obolałe mięśnie zaczęłam się podnosić, by odkryć, jakim cudem spadłam. Nie byłam zdziwiona, kiedy na środku mojego łóżka dojrzałam małą, białą kuleczkę, smacznie śpiącą. Jakim cudem ktoś tak mały, może zajmować tak dużo miejsca? I jakim cudem przegrałam z nim walkę o miejsce na łóżku?
- Jak się obudzisz, to się policzymy – mruknęłam pod nosem, wiedząc, że i tak moja groźba nie będzie miała pokrycia w rzeczywistości.
Naprawdę, za często odpuszczam temu maluchowi. Może właśnie dlatego ma poczucie bezkarności? No ale kto by się na niego długo gniewał? Zwłaszcza, że zawsze w takich sytuacjach robi swoje „oczka niewiniątka”. I spróbuj im się oprzeć…
Spojrzałam na zegarem. Było parę minut po szóstej. No nic i tak nie dam rady już zasnąć, więc najwidoczniej pozostaje mi tylko rozpocząć dzień. Udałam się do łazienki, aby przygotować się na ten jakże cudowny dzień.
Kiedy ją końcu opuściłam, czując się trochę lepiej, przywitał mnie widok biegającego po łóżku Rena. Oczywiście… musiał wyczuć, że wstałam. A to oznacza jedno, już nie mam co liczyć na spokój.
- Jest dopiero szósta. Ja nigdzie nie wychodzę. Chcę dokończyć książkę – powiedziałam do niego i usiadłam na łóżku.
Ten usiadł naprzeciwko mnie i posłał mi takie spojrzenie, jakby mówił „masz się mnie bać”.
- Wiem, co ci wczoraj obiecałam. I słowa dotrzymam. Ale jest szósta! Zamarzniemy tam!
Nie odpuszczał. Mogłam się tego po nim spodziewać.
- Nie każdy ma futro, wiesz? – mruknęłam, przygotowując się do wyjścia.
Tygrysek wesoło zamachał ogonem i przed wyjściem podbiegł do jednej z szafek i coś z niej wyciągnął.
Mój zeszyt z piosenkami.
- O nie, kolego. Odłóż to. W umowie nic nie było o śpiewaniu. Nie dzisiaj.
Podeszłam do niego, aby zabrać od niego moją własność, kiedy ten zwinnie mnie wyminął i wybiegł na korytarz.
- Wracaj tu! Oddaj mi to! – wybiegłam za nim z prędkością światła – pogryziesz go! Zostaw! Ren!
Myślę, że z perspektywy osób trzecich musiało to naprawdę komicznie wyglądać.

Tak więc wylądowałam znów w parku, trzęsąc się z zimna, z radośnie biegającym tygryskiem dookoła i zeszytem na kolanach.
- Jeżeli się przez ciebie pochoruję, to obiecuję, że kupuję ci budę i będziesz sobie mieszkał w tym parku sam. I wszyscy będą szczęśliwi. – powiedziałam, a tygrysek jakby wyczuwając, że tym razem trochę przegiął, poszedł do mnie i położył się obok, kładąc swoją główkę na moich kolanach. Co i rusz zerkał w kierunku zeszytu.
- Nie będę śpiewać. Nie tutaj. – odparłam na jego nieme prośby. Ale żeby go trochę rozweselić i wynagrodzić tę „jakże wielką stratę” w jego mniemaniu, zaczęłam go delikatnie głaskać.
- I co? Warto było wychodzić? – spytałam sarkastycznie.

Steve?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szablon wykonany przez prudence.