12 września 2017

Od Virginii cd Patrishii

- Całkowicie ignorujesz to, co do ciebie mówię! Kompletny snob z kijem w tyłku!
- Ginny...
- Ignorujesz mnie! To niekulturalne tak traktować osobę, z którą rozmawiasz!
- Ginny...
- Sztywniak! Całkowity brak empatii i zrozumienia!
- Virginia! - Mojemu bratu w końcu udało się zwrócić na siebie moją jakże często niepodzielną uwagę.
- Co? - Mruknęłam nieco opryskliwie, odwracając się ponownie przodem do kierunku jazdy, przerywając rozmowę z moim ulubionym kijem bojowym, umieszczonym na tylnym siedzeniu auta.
Oparłam głowę o zimną szybę odwijając papierek wiśniowego lizaka, którego udało mi się odnaleźć w kieszeni przydużej, dżinsowej kurtki. Nawet nie kłopotałam się szukaniem prowizorycznego śmietnika. Samochód mojego brata wyglądał gorzej niż środek transportu publicznego, dodatkowy papierek na podłodze nie zostanie zauważony prawdopodobnie przez najbliższe... 10 lat?
- Ginny? - Odezwał się ponownie Josh, skutecznie wyrywając mnie ze sfery marzeń i rozmyślań nad liczbą wirusów i bakterii obecnych w tym samochodzie.
Wydałam z siebie zdziwiony pomruk, delektując się intensywnym, owocowym smakiem, rozchodzącym się po moim języku.
- Rozmawiałaś z kawałkiem drewna. – Wytknął mój niezastąpiony brak bliźniak, po raz kolejny zaciągając się papierosem.
- Palenie jest szkodliwe. Czy wiesz, że w papierosie...
- Nie zmieniaj tematu! – Powstrzymał mnie dwudziestolatek, zanim zdążyłam całkowicie zapomnieć o początku tej rozmowy... co w sumie już zrobiłam.
- Jakiego tematu? - Spytałam autentycznie zdziwiona.
- Virginia... - Brunet westchnął głośno, gasząc papierosa i wyrzucając niedopałek przez otwarte okno, zapewniające dopływ suchego powietrza do środka pojazdu.
- Joshua...
- Nie ze mną te numery panno Horne. Gadałaś z kijem.
- Nie gadałam z kijem... Gadałam ze Stevem – sprostowałam.
- I właśnie w tym jest problem Horne.
Wywróciłam oczami podgłaśniając grające - do tej pory - w tle radio, tak że uderzenia perkusji praktycznie rezonowały w uszach. Reszta podróży przeminęła we względnym spokoju. O ile bezsłowne kłótnie o wybór stacji i głośność muzyki można nazwać spokojem. Milcząca mini wojna o władzę nad namiastką rozgłośni radiowej skończyła się, gdy wjechaliśmy na teren Akademii. Zmiana w zachowaniu Josha była ledwie zauważalna – jego ramiona się napięły, a rysy twarzy stężały.
- Jesteś pewna?
Samochód zatrzymał się, kiedy odpinałam pasy, a moje myśli już od kilku minut błądziły po innym świecie. Właśnie dlatego praktycznie podskoczyłam, kiedy duża dłoń spoczęła na moim ramieniu.
- Virginia.
Wydałam z siebie okrzyk zaskoczenia, próbując uspokoić szybciej bijące serce.
- Josh!
- Znowu odleciałaś. – Uświadomił mnie chłopak, podając ładujący się do tej pory telefon. - Wszystko ok?
Kiwnęłam głową, zapewniając sobie dostęp do otwartej przestrzeni i wysiadając z samochodu. Nie czekając na dalszą część rozmowy, zamknęłam drzwi i udałam się na tyły auta po swoje bagaże. Nucąc pod nosem błądzącą mi w myślach piosenkę, sięgałam po leżącą w bagażniku torbę, gdy ktoś mnie ubiegł. Zdziwiona, uniosłam głowę, patrząc jak Josh stawia na ziemię pakunki.
- Czy przed chwilą nie mówiłam, żebyś mnie nie straszył?
- Nie zapomnij o lekach – odparł w ramach odpowiedzi.
- Jasne mamo. – Wywróciłam oczami, sięgając po pakunki.
- Nie jestem twoją mamą. – Warknął zirytowany chłopak, z założonymi na piersi rękami.
- Wiem. – Mruknęłam pod nosem, całując go w policzek i idąc w kierunku szkoły.
***
Minęły ledwie dwadzieścia cztery godziny, odkąd pierwszy raz postawiłam stopę na terenie Akademii Williston. Ledwie dwadzieścia cztery godziny, a już zdążyłam wylać na swoje czyste, białe szorty pół butelki soku wiśniowego, zgubić wczoraj zaczętą książkę i poślizgnąć się na schodach, co skończyło się obitym tyłkiem oraz stratą godności. Przymknęłam oczy, wsuwając palce w miękką sierść przysypiającego na moim brzuchu Eklera. Biorąc pod uwagę zduszone dźwięki wydane przez trzymiesięczne szczenię, wywynioskowałam, że mój czworonożny przyjaciel jest raczej zadowolony z obecności palców właścicielki drapiących go za uchem. Nie fatygując się nawet otwieraniem oczu, po omacku odnalazłam telefon z podłączonymi do niego słuchawkami, który gdzieś w trakcie mojego wielogodzinnego odsypiania podróży samochodem przez pół kraju, zapodział się w magicznej przestrzeni między poduszką, materacem, a ścianą. Wyposażona w znaleziony sprzęt z długą listą dostępnej muzyki, zdecydowałam się na krótki spacer i dotlenienie szarych komórek. Z bólem serca wstałam, urządzając psu małą eksmisję z wygodnego miejsca do spania, niefortunnie znajdującego się na moim ciele, które postanowiłam dla odmiany trochę rozruszać. Nie fatygowałam się nawet przebieraniem - bawełnianą bluzkę na ramiączkach zakryłam tylko nieco za dużą czarną bluzą, która doskonale komponowała się z moimi spodniami - różowymi z motywem stokrotek - od piżamy. W czasie kiedy w zwolnionym tempie upodabniałam się do pacjenta zakładu psychiatrycznego - którym w sumie kiedyś byłam - Ekler, który jak zwykle mógł się pochwalić dużo większym zapałem, zdecydował się wstać. Jak małe nawiedzone dziecko w sklepie z zabawkami, biegał w kółko po łóżku, skłaniając do rozmyślań nad tym, skąd u licha to małe stworzenie kumuluje tyle energii. Nie chcąc, żeby oprócz dodatkowej warstwy grzewczej, moja kołdra nabrała też nowego motywu kolorystycznego, wspaniałomyślnie sprowadziłam psa do parteru, który w mgnieniu oka znalazł się pod drzwiami. Wywracając oczami, odtworzyłam pierwszy utwór i ignorując wystającą spod poduszki, nienaruszoną jeszcze buteleczkę z lekami, wyszłam z pokoju. Spacer po parku tak, jak pewnie sama trasa do niego, były o wiele większą atrakcją dla burka, niż dla mnie. W zasięgu wzroku nie było nikogo, może z wyjątkiem wysokiej dziewczyny. Nie przejmując się tym, nawet w najmniejszym stopniu, zagłębiłam się we własnych myślach, przeskakując z tematu na temat i kompletnie odcinając się od otaczającego mnie świata. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że nieznajoma zdaje sobie sprawę z mojej obecności, dopóki jej głos nie wyrwał mnie z zamyślenia.
- Jaka słodka Chmurka! - Wyrzuciła z siebie czarnowłosa.
Lekko zaskoczona tempem rozbrzmiewania kolejnych słów, delikatnie się uśmiechnęłam i pokiwałam głową. Kiedy dopiero poznana dziewczyna kucnęła, nie trzeba było długo czekać, by rzeczona Chmurka uznała nowy zapach za niezwykle interesujący i praktycznie sama podsuwała się pod chętne do drapania ręce.
- Jak się nazywa?
- Ekler. - Odparłam cicho, kiedy szczenię podjęło pierwszą próbę wskoczenia nowej adoratorce na kolana.
Dziewczyna nie powiedziała nic, skupiając całą swoją uwagę na drapaniu chętnego do zabawy szczeniaka. Korzystając z tej nieuwagi, zrobiłam parę kroków w tył. Odkąd dostałam mocniejsze leki, praktycznie całą dobę chodziłam otumaniona. Jednak zgodnie z umową zawartą z dyrekcją szkoły, miałam ograniczyć niektóre substancje. Czułam się przez to nieco dziwnie jak i nie opuszczał mnie strach, że znów mi nagle odbije. Po tylu latach obserwacji wiedziałam, że trzymanie się na odległość od ludzi zmniejszało siłę ataków, więc dopóki poruszałam się po nieznanym terenie, wolałam dmuchać na zimne. Tym razem, do rzeczywistości przywróciło mnie jeszcze lekko skrzekliwe szczeknięcie. Oderwałam - do tej pory - wbity w stopy wzrok, by zauważyć szczerzącego się do mnie Eklera z wywalonym języczkiem, szczęśliwie usadzonego na rękach dziewczyny.
- Jak… - Zaczęłam, ale moją uwagę zwróciło coś zielonego, siedzącego na ramieniu dziewczyny.
Wbrew sobie, zrobiłam krok w jej stronę, ze zmrużonymi oczami przyglądając się niezidentyfikowanemu jeszcze kształtowi.
- Czy to jest żółw? - Zapytałam zaintrygowana, lekko przekrzywiając głowę.
Moja rozmówczyni pokiwała głową.
- Niech zgadnę - odezwałam się ponownie, zanim miała szansę chociaż otworzyć usta. - Nazywa się… Konrad?
- Kamil. - Przyznała po chwili milczenia i dokładnego lustrowania mnie wzrokiem.
- Wciąż na K… - mruknęłam pod nosem. - A skoro mowa o literze “K”, masz może ochotę na kawę… - Posłałam dziewczynie pytające spojrzenie, zdając sobie sprawę z faktu nieznajomości jej imienia.
- ...Eleven - dokończyła za mnie.
- Więc co powiesz na kawę?

Patrishia  ?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szablon wykonany przez prudence.